Koalicja Lanckorońska na rzecz Zrównoważonego Transportu

Czy istnieje firma, która swoim nie zalegającym z żadnymi płatnościami klientom wystawia mandaty? Tak. Jest nią PKP.

W zeszłym roku funkcjonariusze Straży Ochrony Kolei (SOK) wystawili 18 tysięcy mandatów za przechodzenie lub przejeżdżanie torów kolejowych w miejscach niedozwolonych. Wysokość mandatu może wynieść od 20 do 500 zł. Dla porównania: w pierwszym półroczu zeszłego roku SOK zarejestrowała 482 przypadki kradzieży nawierzchni torowej, 900 przypadków kradzieży przesyłek z wagonów, 279 przypadków okradzenia podróżnych, 678 przypadków obrzucenia pociągów kamieniami, 90 pobić i 11 rozbojów. Widać więc, że liczba przypadków przechodzenia przez tory zakończonych wystawieniem mandatu jest wielokrotnie wyższa niż przypadków poważnych przestępstw.

Niewykluczone, że wystawienie takiego mandatu jest sposobem poprawienia statystyki, zarówno całej firmy, jak i poszczególnych oddziałów czy pracowników. Być może dzięki gorliwości w karaniu niesfornych podróżnych SOKiści dostają wyższe premie. Jak bowiem może być oceniana ich praca? Chyba najprościej po liczbie złapanych sprawców, bądź wystawionych mandatów. Tym bardziej, że przy takich zdarzeniach wykrywalność jest stuprocentowa, gdyż sprawca łapany jest na gorącym uczynku, podczas gdy np. dla kradzieży nawierzchni torowej wynosi ona ok. 35%, dla kradzieży przesyłek z wagonów tylko 6%, dla kradzieży na szkodę podróżnych 3,7%, dla obrzuceń pociągów kamieniami 3,4%, zaś dla pobić 16,7%.

Tylko jak na tej gorliwości wychodzą spółki kolejowe? Bo czy ukarany za takie przewinienie podróżny wybierze się jeszcze kiedykolwiek w podróż pociągiem? Bardzo wątpliwe. Kilkukrotnie podróżowałem autobusami dalekobieżnymi czy międzynarodowymi prywatnych firm. Nie wyobrażam sobie, że mógłbym od kierowcy dostać mandat za cokolwiek. Po prostu byłaby to moja ostatnia podróż z tym przewoźnikiem. Kolej jest monopolistą i nie ma konkurencji? Ależ ma. Zniechęcony podróżny może przesiąść się do busa, autobusu, czy do własnego samochodu.

W listopadzie ubiegłego roku wsiadałem do pociągu pospiesznego na stacji w Augustowie. Ponieważ peron był bardzo wąski (z pewnością nie spełniał wymogów odpowiedniego rozporządzenia), a pociąg nadjeżdżał z dużą prędkością, czułem się bezpieczniej pozostając na peronie sąsiednim i dopiero kiedy pociąg już się zatrzymał, przeszedłem przez tor dzielący oba niskie perony i wsiadłem do wagonu. Od razu z dużą radością podbiegło do mnie dwóch funkcjonariuszy Straży Ochrony Kolei i wypisało mandat. Nie było żadnej dyskusji. A może w tym przypadku wystarczyłoby pouczenie?

Tymczasem gorliwości nie widać tam, gdzie by się przydała. Jakiś czas temu na dworcu w Katowicach kolega pokazywał mi kieszonkowców - zna ich twarze na pamięć, bo często tam się przesiada. Rozpoznaje ich po rozglądaniu się na wszystkie strony. Dziwne, że pracownicy kolei jakoś ich nie zauważają.

I zupełnie inny problem. Na palcach jednej ręki można wymienić dworce kolejowe w Polsce przystosowane do obsługi niepełnosprawnych na wózkach. Typowy dworzec średniej wielkości ma przejścia podziemne lub kładki bez wind czy pochylni. Równocześnie bardzo często między wszystkimi peronami są przejścia w poziomie torów, ale tylko służbowe. Czasami są one zamknięte na kłódkę. Jeśli nie, to stoją przy nich SOKiści, czatując na ofiarę, której można by wystawić mandat. Nie widziałem nigdy, żeby pomogli przejść osobie niepełnosprawnej. A czyż nie tak właśnie powinno być? Czy na widok takiej osoby, funkcjonariusze nie powinni do niej podejść, by otworzyć jej przejście służbowe i pomóc jej przejść na właściwy peron? Choćby w Opolu, gdzie aby dostać się z budynku dworca na większość peronów, trzeba dwukrotnie schodzić do przejść podziemnych.