Koalicja Lanckorońska na rzecz Zrównoważonego Transportu

Wszyscy wiemy, że z prędkością nie ma żartów. Mówią to nam statystyki, powtarza Policja, wałkują specjaliści z branży transportowej. Podpowiada nam to też logika, która gdzieś w głębi nas sugeruje, że w kwadracie prędkości rośnie sobie bez rozgłosu także energia kinetyczna... i, że to już nie jest dobre. Jednak jeszcze gorzej jest, gdy za zabawy prędkością biorą się, w przedwyborczej chęci dogodzenia wszystkim, politycy. Wtedy przegrywają dosłownie wszyscy.

Dziś, jako przestrogę, podamy przykład z Warszawy. W przedwyborczym szale Pan Kazimierz Marcinkiewicz - wtedy jeszcze pełniący obowiązki prezydenta miasta - ogłosił populistyczny plan podniesienia dopuszczalnej prędkości na 52 ulicach dwujezdniowych w Warszawie. Plan z pozoru miał rozkorkować Stolicę, dojazdy zamienić w przyjemność i spowodować ogólny dobrobyt. Tak naprawdę chodziło jednak raczej o głosy kierowców w nadchodzących wyborach - zwłaszcza, że obiecywanie mostów i obwodnicy nie robiło już na nikim wrażenia, a budowanie tychże Panu Marcinkiewiczowi niezbyt wychodziło.

Jak to w przedwyborczym pospiechu bywa, projekt nie był z nikim konsultowany, ani nawet porównany z listą najbardziej niebezpiecznych miejsc w Warszawie. Ale za to Panu Marcinkiewiczowi udało się namówić warszawską drogówkę do tego, by pod pomysłem się podpisała, co miało zapewne zagłuszyć głosy sprzeciwu tych wszystkich maniaków w kółko gadających o czarnych statystykach i bezpieczeństwie. I tak projekt ujrzał światło dzienne pod koniec września.

Kiedy porównaliśmy listę tych 52 ulic z powszechnie dostępnym raportem Zarządu Dróg Miejskich o najbardziej niebezpiecznych miejscach w Warszawie, wyniki okazały się druzgoczące [zobacz >>>]. Tylko 3 ulice z 52 wymienionych w propozycji były, według nas, na tyle bezpieczne, że można było na nich podnieść limity dopuszczalnej prędkości. Na większości z pozostałych prędkość należałoby raczej ograniczyć...

Kilka dni po nas, również Instytut Transportu Samochodowego nie zostawił na p.o. prezydenta suchej nitki. "Motor" nr 40 z 2.10.2006 roku: Andrzej Wojciechowski, dyrektor ITS, w piśmie do stołecznego magistratu wyraził dezaprobatę tego pomysłu i zauważył, że zwiększenie limitów spowoduje większą liczbę tragicznych wypadków, ponieważ 60% poważnych zdarzeń drogowych ma miejsce właśnie na ulicach wymienionych w projekcie. A warto wspomnieć, że te tajemnicze 60% to ok. 80 zabitych i 1200 rannych w skali roku, także liczba niebagatelna. Niedługo później do listy sceptyków dołączył także stołeczny Inzynier Ruchu, który ostatecznie większość projektu odrzucił, zostawiając w planie podniesienia prędkości tylko 3 ulice z listy Pana p.o Prezydenta (2 z tych ulic pokrywały się z tymi, które my również wytypowaliśmy).

Pan Kazimierz Marcinkiewicz ostatecznie przegrał. Nie tylko zresztą tę sprawę - w wyborach, także nie osiągnął najlepszego wyniku, na co być może wpływ miały głosy tych, którzy na drogach chcą czuć się bezpieczniej, nawet za cenę kilka minut dłuższej jazdy do pracy.

Przegrała także warszawska drogówka, której obraz, jako instytucji dbającej o porządek i bezpieczeństwo na drogach, został solidnie nadszarpnięty. Już w grudniu Gazeta Wyborcza raczyła, przy okazji śmiertelnego wypadku na przejściu dla pieszych, wypomnieć Policji hipokryzję: Podinsp. Wojciech Pasieczny, zastępca szefa stołecznej drogówki, twierdzi, że przejście powinno zostać przynajmniej lepiej oświetlone. Zapowiada, że w miarę możliwości będzie tam rozstawiany radar, który zmusi kierowców, by zdjęli nogę z gazu. Tymczasem kilka tygodni temu, sama policja postulowała, żeby zwiększyć dopuszczalną prędkość na ul. rtm. Pileckiego do 80 km na godz. Nie był to wypadek ostatni. Pod koniec stycznia na tej samej ulicy ofiarą pędzącego kierowcy na sąsiednich pasach stała się kolejna osoba, która ciężko ranna trafiła do szpitala. Niecały tydzień wcześniej na innej ulicy z listy (Grochowskiej) w wyniku zderzenia dwóch aut zmarł kierowca jednego z nich.

Przegrali też kierowcy, gdyż, zamiast pierwszej w historii Rzeczypospolitej Drogowej rzeczowej dyskusji na argumenty, dane statystyczne i wyniki badań, znowu dostali populistyczne obietnice gruszek na wierzbie, które dziwnym zbiegiem okoliczności ciągle nie chcą wyrosnąć...